WSA+NSA: IV SAB/Wa 350/16 - ślepe wmawianie mi tematu skargi + złośliwy błąd naukowy. "UWALAĆ SPRAWY MOŻLIWIE WCZEŚNIE, BEZ WNIKANIA"

Skandaliczne orzeczenia lub zachowania sądów. W sprawach Piotra Niżyńskiego.
piotrniz
Site Admin
Posty: 198
Rejestracja: śr mar 18, 2015 1:11 pm

WSA+NSA: IV SAB/Wa 350/16 - ślepe wmawianie mi tematu skargi + złośliwy błąd naukowy. "UWALAĆ SPRAWY MOŻLIWIE WCZEŚNIE, BEZ WNIKANIA"

Post autor: piotrniz » wt paź 17, 2017 5:05 pm

Akta sfilmowane można oglądać na YouTube na https://www.youtube.com/watch?v=cBbWvLmbCyY -- szczególnie uderzające jest tu błędne wmawianie mi tematu skargi do WSA przez NSA, tak, by pasował do orzecznictwa o odrzucaniu (nawet nie oddalaniu) skarg:
OBJAŚNIENIE PRZEDMIOTU ZGŁOSZONEJ PRZEZE MNIE SPRAWY:
Ministerstwo Spraw Zagranicznych -- wbrew (moim zdaniem) istniejącemu w tym przypadku obowiązkowi prawnemu -- nie chciało nałożyć tzw. klauzuli apostille na dokumencie, który uważałem (i to chyba w tym przypadku zgodnie poniekąd z orzecznictwem NSA) za "urzędowy", bo pochodzący od organu władzy publicznej -- (pro)rektora uczelni (p. np. wyrok I OSK 1377/13, omówiony na lex.pl) -- i wydany na podstawie prawa (ustawy o szkolnictwie wyższym czy raczej odpowiedniego rozporządzenia ministerialnego wydanego na jej podstawie). Wielokrotnie w ministerstwie załatwiałem apostille, ale wcześniej tylko na dokumentach od notariuszy i tłumaczy przysięgłych, a tym razem był jakiś z uczelni. Ministerstwa chciały prowadzić między sobą jakąś gierkę: MSZ, właściwy w sprawach apostille, odsyłał mnie do Ministerstwa Nauki w celu uzyskania wstępnej legalizacji zaświadczenia, jak to się robi np. w przypadku dyplomów (podobnie jest np. z maturami), natomiast Ministerstwo Nauki trzymając się litery prawa nie chciało tego zrobić, bo prawo takiej czynności akurat w tym przypadku (zaświadczenia dotyczącego języka obcego) nie przewiduje.
Podstawą prawną do nadania apostille (tzn., w praktyce, wpięcia kartki z odpowiednią pieczęcią i skrótową charakterystyką dokumentu, potwierdzającej autentyczność podpisu na dokumencie i to, w jakim charakterze działał jego sygnatariusz), nadania tego apostille na wspomnianym zaświadczeniu o zaliczeniu pełnego kursu języka obcego na określonym poziomie, potwierdzonym przez prorektora (zgodnie z przepisami o obrocie międzynarodowym takimi uczelnianymi dokumentami), które to więc potwierdzenie kreowało czy raczej stanowiło dokument urzędowy (a dodajmy, że MSZ np. rutynowo nakłada apostille na dokumentach "od prezesa sądu" będących w istocie dokumentami notarialnymi, ale na których wstępne poświadczenie notariusza wpiął sąd, a więc jako dokument urzędowy traktuje tylko to wpięte czy wpisane na podstawowym dokumencie poświadczenie), było prawo międzynarodowe - Konwencja haska (część krajowego porządku prawnego, zgodnie z art. 91 ust. 1 naszej Konstytucji).
Sprawa więc, jak by się wydawało, bardzo nadająca się do rozpatrzenia w takim sądzie -- sądzie administracyjnym (art. 3 § 2 pkt 4 p.p.s.a.), a właśnie niezbyt na miejscu w sądzie cywilnym ze względu na brak czynu niedozwolonego (konkretnej szkody materialnej) -- chyba że by się dopatrywać nieco pod lupą jakiegoś dobra osobistego w postaci "godności i poczucia pewności oraz bezpieczeństwa tego, że się będzie właściwie potraktowanym" (np. w sprawie I CSK 358/07 SN dopatrzył się takiego dobra osobistego). W sądach administracyjnych natomiast co do zasady można też zażądać zasądzenia jakiegoś zadośćuczynienia nie wyliczonego dokładnie na podstawie dokumentów, niejako więc "nawiązki na rzecz pokrzywdzonego" o charakterze represyjnym (albo też, na podstawie tego samego przepisu, grzywny dla organu jednoosobowego - osoby fizycznej, a więc zapłaty na konto Skarbu Państwa). Odsyłam w tej materii do ustawy "Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi" (taka szansa na zasądzenie okrągłej, na oko przez sędziego dobranej sumy występuje też w sprawach cywilnoprawnych o zadośćuczynienie za naruszenie dobra osobistego, np. także w sprawach o to przeciwko Skarbowi Państwa). W każdym razie dużo bardziej do ścigania takich naruszeń prawa z samej istoty tego, jak skonstruowane jest postępowanie, nadają się, jak by się wydawało, sądy administracyjne, jest to temat stanowiący rdzeń ich codziennych zainteresowań, w każdym razie w myśl ustawy -- prawo powinno tu być po mojej stronie. W art. 3 § 2 pkt 4 Prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi czytamy:
Kontrola działalności administracji publicznej przez sądy administracyjne obejmuje orzekanie w sprawach skarg na inne niż decyzje i postanowienia czynności z zakresu administracji publicznej dotyczące uprawnień lub obowiązków wynikających z przepisów prawa (...).
Jak zaś wygląda praktyka? Sąd administracyjny -- najpierw niższego szczebla, czyli wojewódzki, następnie Naczelny Sąd Administracyjny, czyli krajowa centrala w takich sprawach i instancja ostateczna -- stwierdził szybkościowo, bez rozpatrywania sprawy na rozprawie, że to się w ogóle nie nadaje do rozpoznawania przez sąd administracyjny. Nawet rozważać tam problemu (oceniać) rzekomo nie można. Ja w swoich pismach przytaczałem kilka definicji administracji publicznej pochodzących z książek, ale żadna z nich nie pozwalała uznać, że nałożenie apostille przez Ministerstwo (czy Ministra) Spraw Zagranicznych nie nadaje się do uznania za czynność z tego zakresu. Co więcej, sama skarżona czynność może nie być przewidziana przepisami prawa. Przecież właśnie dlatego ludzie typowo idą do sądów, że ich potraktowano nielegalnie -- a więc sprzecznie z prawem, a nie w oparciu o nie. Czynność (nie będąca wydaniem papierowego orzeczenia), by mogła być zaskarżona w trybie administracyjnym, musi tylko dotyczyć uprawnień lub obowiązków wynikających z przepisów prawa, a więc istnieje pewien zbiór tematów, szerszy niż sam tylko zbiór tego, co legalne, które w jakiejś relacji do uprawnień i obowiązków ustawowych pozostają i dlatego podlegają kognicji sądu administracyjnego.

Poniżej, dla wyrobienia sobie zdania przez czytelnika, przytaczam przykładowe definicje administracji publicznej pochodzące z książek, a więc ze świata wyższych uczelni (prawa, a w dodatku w odniesieniu do administracji publicznej, uczono u nas już co najmniej w XIX w. i mieliśmy od tego już wtedy profesorów):
Administracja publiczna jest to przejęte przez państwo i realizowane przez jego zawisłe organy, a także przez organy samorządu terytorialnego, zaspokajanie zbiorowych i indywidualnych potrzeb obywateli wynikających ze współżycia ludzi w społecznościach.
(J. Boć: "Administracja publiczna", Kolonia Limited, Wrocław 2003, s. 8)
Podobnie K. Sobczak, H. Izdebski, M. Kulesza, I. Lipowicz. Przykładowo wg I. Lipowicz:
Administracja jest to system złożony z ludzi, zorganizowany w celu stałej i systematycznej skierowanej ku przyszłości realizacji dobra wspólnego jako misji publicznej polegającej głównie (choć nie wyłącznie) na bieżącym wykonywaniu ustaw, wyposażonych w tym celu we władztwo państwowe oraz środki materialno-techniczne.
Administrację określić możemy najogólniej jako planowaną i stało działalność dla zaspokojenia potrzeb. Jeżeli działalność ta będzie miała na celu zaspokojenie potrzeb państwa lub innego związku prawa publicznego, wtedy będziemy mieli do czynienia z administracją publiczną. Zasady normujące tę działalność to właśnie prawo administracyjne. Pozostaje ono w bardzo ścisłym związku z prawem państwowym. Zaspokajanie potrzeb jednostki prywatnej lub też państwa, gdy działa ono jako jednostka prywatna (prowadząc np. jakieś przedsiębiorstwa), jest administracją prywatną. Działalność ta podlega przepisom prawa prywatnego.
(B. Wasiutyński: "Prawo administracyjne", Towarzystwo "Bratnia pomoc" Stud. Uniwersytetu J. Piłsudskiego, Warszawa 1936, s. 3-4. Cytowałem za jeszcze innym podręcznikiem, który się na tę definicję powołuje.)
Powyższe objaśnienia były zresztą zamieszczone w moim specjalnie na tę okoliczność wysłanym piśmie, włączonym do akt. W sprawie tutaj omawianej zresztą skopiowano sporą, kluczową część uzasadnienia z innych, w ogóle we wszystkich moich 4 (w tym jedna była o nadaniu klauzuli wykonalności w urzędzie skarbowym) kopiowano między sprawami to uzasadnienie, więc na pewno mieli okazję się zapoznać. Poniżej jeszcze inne typowo spotykane w podręcznikach definicje (proszę uważać na podręczniki po 2016, może zostaną jakoś "dostosowane" za sprawą naczelników urzędów skarbowych... autorzy też przecież zaliczają się do ludzi zarabiających poza stosunkiem pracy, więc może też mają układ...):
Administracja to ta działalność państwa, która nie jest ustawodawstwem ani sądownictwem.
(Walter Jellinek, Otton Mayer, tzw. definicja "Wielkiej Reszty". Podobnie u E. Iserzona).
Administracja jest to ta działalność państwa, której przedmiotem są sprawy administracyjne, albo inaczej zadania i kompetencje w zakresie władzy wykonawczej.
(E. Ochendowski. Zauważmy, że "administracja" kojarzy się z "zarządzaniem", więc oczywiście taka jest rola władzy wykonawczej.)
Mnóstwo tych definicji jest w Internecie, choćby nawet na https://pl.wikipedia.org/wiki/Administracja_publiczna. Jak myślicie, którą z nich stosował sąd administracyjny? Może żadną? Może liczył się już tylko naczelnik urzędu skarbowego w tym orzekaniu, chyba że innego równego sobie partnera do dyskusji znaleźli?

Zarazem sąd uparcie wmawiał mi, że skargę do WSA złożyłem na co innego niż było w niej napisane: na sposób rozpatrzenia skargi dyscyplinarnej (skargi do samego organu, który coś zrobił źle), a nie na podstawowy problem, jakim było naruszenie prawa przez odmowę nadania klauzuli apostille. (Dzięki temu następnie powołano się na stare orzecznictwo, chyba nawet z lat 70-tych... że takie pisma kończące obsługę skargi wewnętrznej w organie państwowym nie nadają się do obsługi w sądzie administracyjnym.) A ja przecież te akta skargi wewnętrznej przysłałem tylko po to, by udowodnić istnienie problemu (dzięki niej organ musiał się jakoś ustosunkować), każdy dokument to przecież krok do przodu pod względem dowodów, zwłaszcza zaś taki, na który zgodnie z ustawami trzeba odpowiedzieć w ciągu miesiąca. Podkreślam, że w samej skardze oraz we wniosku o przyznanie pomocy prawnej (zwolnienia z kosztów, prawnika z urzędu) podawałem właściwy przedmiot skargi: brak nadania apostille w MSZ. A z drugiej strony: przecież nie powinno być tak, że wniesienie skargi dyscyplinarnej przekreśla szansę na skarżenie się do WSA. Zgodnie z Konstytucją nikomu nie można zamykać sądowej drogi dochodzenia naruszonych wolności lub praw (art. 77 ust. 2). Co więcej, sąd przecież nigdy nie pyta skarżącego, czy ten występował z jakimiś skargami do samego organu, czy tylko od razu do WSA. Gdyby tak zaczęto to badać, a "słusznym" był pogląd, że samo istnienie skargi "dyscyplinarnej" odbiera prawo do skarżenia się do WSA, to mnóstwo skarg w istocie osądzonych i wygranych trzeba by uznać za niedopuszczalne. Jest to absurd; zresztą sposób uzasadnienia orzeczenia wskazywał tylko na to, że po prostu uznano za skarżoną czynność sposób rozpatrzenia wspomnianej "dyscyplinarnej" skargi do organu, a nie, że uznano co innego za niemożliwe, a to za jedyną opcję. Wojewódzki Sąd Administracji i Naczelny Sąd Administracyjny stosowały więc w uzasadnieniu swych postanowień nieuczciwy trik erystyczny zwany mutatio controversiae -- zmiana przedmiotu sporu. Było to w świetle zamiaru "uwalenia" sprawy nieodzowne, gdyż inaczej trudno byłoby się wytłumaczyć z odrzucenia skargi -- nieprzyjęcia jej do rozpoznania, tym bardziej, że co do zasady uchybienie terminowi do wniesienia skargi jest wybaczalne, a sąd ma prawo tylko domagać się dowodu wniesienia wezwania organu do naruszenia prawa, natomiast np. uchybienie terminowi do zrobienia tego nie jest przez ustawę wprost traktowane jako jakiś przewidziany powód do odrzucenia skargi. Poza tym, powtórzę, z punktu widzenia równego traktowania ludzi znających się na prawie oraz laików w tej dziedzinie drobny poślizg czasowy przy wnoszeniu skargi jest do wybaczenia (ustawa przewiduje taką możliwość).
Także: bez krętactwa nie napisano by nawet żadnego choćby pozornie przekonującego uzasadnienia.
Wszelako to właśnie o takim przekręcaniu, wmawianiu mi innego tematu sprawy była tutaj moja skarga kasacyjna (a tymczasem poniżej widać jej rezultaty). Od tego się w niej odwoływałem, wprawdzie za pośrednictwem radcy prawnego, który też usiłował zmienić temat skargi i zepchnąć mój spór na dalszy plan, jednakże ostatecznie dałem temu opór i treść pisma zawierała mój zarzut i to nawet na poczesnym miejscu (pierwszym czy drugim, zresztą pod tymi pierwszymi dwoma i tak mógłbym się podpisać).
Powtórzę ponadto, że "odrzucenie" jest to coś innego niż "oddalenie" jakiegoś wniosku (czy skargi) przez sąd: znaczy to typowo tyle, że nie został on przyjęty do merytorycznego rozpoznania (skarga "została odrzucona" znaczy więc tyle, co "odpadła w przedbiegach").

W sprawie było z mojej strony jakieś ścisłe, wymagane przez ustawę, wezwanie do usunięcia naruszenia prawa (dokument tak zatytułowany), ale na filmie go nie widać, bo akta przeglądam tylko wybiórczo. Było być może nieco spóźnione, ale to nadawało się do wybaczenia (zwłaszcza zważywszy na to, że przede wszystkim wcale nie jest tak oczywiste, którego dnia miało miejsce zarzucane naruszenie -- tu przydałaby się rozprawa). Nie o tym w ogóle były postanowienia z sądu.

Poniżej treść orzeczeń z uzasadnieniami:
1.jpg
1.jpg (44.29 KiB) Przejrzano 2116 razy
2.jpg
2.jpg (107.74 KiB) Przejrzano 2116 razy
3.jpg
3.jpg (114.52 KiB) Przejrzano 2116 razy
4.jpg
4.jpg (108.55 KiB) Przejrzano 2116 razy
5.jpg
5.jpg (120.15 KiB) Przejrzano 2116 razy
6.jpg
6.jpg (112.25 KiB) Przejrzano 2116 razy
7.jpg
7.jpg (23.24 KiB) Przejrzano 2116 razy
Odpis wykonała pani Pacewicz -- kojarzy się z nauczycielem baz danych na Politechnice Warszawskiej (uczęszczałem na jego wykłady), Parewiczem (przecież praca orzecznicza w sądzie najwyższej instancji sprowadza się w praktyce w dużej mierze do wyszukiwania orzecznictwa, np. z pomocą jakichś skorowidzów czy własnej pamięci), o którym to magistrze zresztą kiedyś bardzo brzydko się wyraziłem, jak gdyby był osobą ułomną intelektualnie (nie zasłużył sobie na to; po prostu tak zinterpretowałem fakt, że wyciekły moje słowa z rozmowy z nim, a przecież to była wina podsłuchu), aczkolwiek zrobiłem to w monologu w pustym pokoju (to przez problemy z myśleniem po cichu, wynikłe z przeszkód stwarzanych w tym co rusz przez telewizję, posuwałem się kiedyś do tzw. głośnego myślenia i często je stosowałem -- tym bardziej, że mass media odpowiadały na moje słowa, dostosowując nagłówki swych np. portali internetowych). A zatem podtekst zastosowania takiej osoby można wyrazić słowami "idiotyczne (bezmyślne) stosowanie wyszukiwarek orzecznictwa".

Sprawę można też oglądać w archiwum NSA na ich stronie www: http://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/816E1DA925.

ODPOWIEDZ